ciąg dalszy naszych wakacji w Polsce…

….nie mogłabym nie wspomnieć o pięknej podróży po części Pomorza Zachodnio-Pomorskiego. Była to wprawdzie jednodniowa wycieczka w ciepłym , letnim deszczu ( który uwielbiam), ale jakże owocna. Po raz pierwszy zobaczyliśmy tereny położone na południowy zachód od Kołobrzegu. Nasi młodzi sąsiedzi…Kasia i Mariusz zaproponowali nam, że zabiorą nas w piękne miejsce do Kańska koło Złocieńca, gdzie znajduje się Ośrodek Rehabilitacyjny. Są to budynki otoczone z jednej strony jeziorem a z drugiej …gęstymi lasami. To właśnie tam, stojąc na baczność i minutą ciszy oddawaliśmy hołd naszym Powstańcom. Śpiewaliśmy Polski Hymn, bo było to 1 sierpnia.

A później to już była sama spontaniczność….

Pyszne lody i kawa w Złocieńcu, odwiedziny w Świerznicy u pani Iwonki i pana Mirka w bardzo unikalnym miejscu, czyli w ich pięknej posiadłości— w ponad stuletnim domku, z którego zrobiono skansen, z przebudowanej stodoły zrobiono śliczną salę, w której odbywają się różne imprezy…jak urodziny, wesela i inne uroczystości. Można też tam przenocować, a noce tam są magiczne. Dopiero wtedy widać całe piękno na niebie. Niezliczona ilość migających gwiazd, które rozświetlają drogę, pola i łąki. A powietrze??? Zwłaszcza po deszczu czuliśmy zapach ziemi, traw, które parowały i unosiła się nad nimi lekka mgiełka, a dzięki słońcu, które pokazało się widzieliśmy wyjątkowe kolory ponad łąkami.  Sarenki, przeskakujące przez jezdnię z wielką gracją goniły swego lidera. Bociany, żórawie –niejednokrotnie w stadach były zajęte sobą. 

Drogi, którymi przemierzaliśmy, to wąziutkie, o dobrej nawierzchni i wśród tuneli starych drzew jechało się jakbyśmy byli w jakiejś bajce. Coś pięknego!!!! Kasia i Mariusz z sekundy na sekundę decydowali, gdzie dalej jedziemy. Bez żadnego planu, nie informując nikogo po drodze…po prostu jechaliśmy przed siebie. Podziwialiśmy piękno tych terenów. Małe pagórki, lasy, które otaczały nas wciąż i wciąż.

Odwiedziliśmy cmentarz, w Rąbinie, na którym leżą Kasi dziadkowie i jej mama, oraz piękny park, a obok Kasi szkoła i maleńki kościółek pełen dobrych wspomnień z dzieciństwa.

Wstąpiliśmy do rodzinnej wsi Kasi—Batyń, jej domku rodzinnego, dookoła którego rosną owocowe drzewa, krzewy i garaż drewniany. Wszystko takie magiczne w tym domu. Przepiękne, stare piece kaflowe, drzwi, które pamiętają bardzo odległe czasy, piec równie stary w kuchni, który grzeje i na którym się gotuje potrawy.

A na końcu, już po dwudziestej drugiej wpadliśmy bez zapowiedzi do Kasi cioci, pani Joli, która mieszka….na wsi, gdzie jest…. pięć domów, łącznie z domem cioci. Sama droga do tej wsi była fascynująca. Żadnego światła, tylko gwiazdy, a droga z wąskiej stawała się węższa i węższa i węższa aż zmieniła się w szutrową. Pięć minut przed, Kasia zadzwoniła do cioci, która kładła się do snu, ale gdy dowiedziała się, że zbliżamy się do jej domu, usłyszeliśmy w słuchawce radość i ciepłe zaproszenie. Oczywiście była pyszna kolacja, smalec domowej roboty, szynka z indyka, ogórki małosolne, pomidory, słodycze i inne pyszności.

Czas było wracać w tę noc wśród gwiazd, ale też we mgle. Mariusz—doskonały kierowca jechał bardzo wolno także szczęśliwie dojechaliśmy do naszego miasta, a było to już po północy.